Tematem poprzedniego numeru AUDIO były wzmacniacze zintegrowane i zespoły głośnikowe; modele nowe, ale w konwencjonalnym gatunku konstrukcji pasywnych. Stąd tytuł poprzedniego wstępniaka „Pasywny koniec roku"… i w konsekwencji na tytuł niniejszego, bowiem tym razem zajmujemy się urządzaniami kategorii, jakich na początku tego wieku w ogóle nie było. Jesteśmy już z nimi oswojeni, chociaż przeobraziły one nie tylko systemy audio, ale też sposób, w jaki słuchamy muzyki.
Słuchawki bezprzewodowe przywróciły zanikającą wcześniej popularność słuchawek jak też wraz z przenośnymi "grajkami" wyprowadziły muzykę z domów, wszędzie tam, gdzie kabel nie sięga. Niektórzy na słuchawki mają alergię, ale ci, którzy dobrze znoszą takie towarzystwo, mogą słuchać muzyki niemal na okrągło.
W związku z tym pojawia się dodatkowy, specyficzny dla słuchawek wątek – fizycznej wygody, a więc indywidualnego dopasowania. Typowe dla audiofilskiego podejścia skupienie się na charakterze i jakości brzmienia mogłoby wyprowadzić tutaj na manowce, lecz większość słuchawek można przed zakupem założyć na głowę i w ten sposób sprawdzić wszystkie ich walory. Dlatego nasze testy słuchawek dają tylko wskazówki, a nie ostateczne rekomendacje.
Inaczej jest z odtwarzaczami strumieniowymi; większość ich właściwości, również tych mających różne znaczenie dla różnych użytkowników, można rozpoznać i opisać w teście. Oczywiście pełne rozeznanie da dopiero osobisty kontakt… znacznie dłuższy i we własnym systemie, gdzie wyjdzie w praniu kilka niespodzianek, bowiem urządzenia te są zwykle tak skomplikowane, że niektóre funkcje nie działają tak, jak powinny, nie zawsze, albo w ogóle… To z kolei wymaga od użytkownika zupełnie innych kompetencji niż dawniej od właściciela magnetofonu czy gramofonu.
Zmienił się sposób obsługi, serwisowania, samodzielnych napraw i apgrejdów, dawna wiedza techniczna, znajomość mechaniki, a nawet elektroniki schodzi na dalszy plan; ważniejsze jest obycie z komputerami, programami, aplikacjami… Ale kto jest na czasie i ma jeszcze trochę szczęścia (potrzebnego w kontakcie z fantastycznymi, lecz często kapryśnymi funkcjami), ten ma niemal nieograniczony dostęp do muzyki – tym razem w domu. Czy jednak daje to już pełną satysfakcję?
W tym pytaniu czai się też kwestia jakości brzmienia, ale odłóżmy ją na bok; chodzi mi o dostępność i związaną z tym "oprawę". Nie jest to jednak sytuacja zupełnie nowa, poprzednie pokolenia (moje również) nie tyle słuchało, co słyszało muzykę na okrągło z popularnych radioodbiorników, stacjonarnych i przenośnych, jednak czym innym było słuchanie jej ze sprzętu hi-fi ; nie tylko ze względu na wyższą jakość, ale też związane z tym koszty (każde odsłuchanie płyty czy nawet taśmy wiązało się z jej zużyciem) i "celebrę" (gramofon, magnetofon), co podnosiło wysłuchanie jednego albumu do rangi niemal uczestnictwa w koncercie. Przesadzam, ale tylko trochę.
To, na ile było nas wtedy "stać", nieźle pasowało do ilości czasu, jaki mogliśmy na tę przyjemność poświęcić. Dzisiaj muzyki mamy więcej, ale czasu mniej, dlatego konsumujemy muzykę w biegu, w słuchawkach, i dlatego przynajmniej niektórym z nas czegoś brakuje… Właśnie "kultury" i ekskluzywności, stąd też (chociaż pod pozorem wyższej jakości dźwięku) drugie życie płyty winylowej, a także – na co już się zanosi – powrót płyty CD. Na pewno nie do dawnego znaczenia, jeżeli jednak wobec tak potężnych możliwości, jakie obecnie daje sieć, rozglądamy się za dawnymi nośnikami, to chyba oznacza, że chodzi nam również o coś innego niż nieograniczony dostęp i jakość dźwięku.
Andrzej Kisiel